niedziela, 30 czerwca 2013

#5 Lifestyle blog? Why not! / Kilka słów o studiowaniu

Witam ponownie po dłuższej przerwie! Spowodowanej... no właśnie, czym? Chyba lenistwem, ale nie tylko. Przez długi czas szukałam jakiegoś punktu zaczepienia dla mojego bloga - o czym właściwie chcę pisać? Najpierw miał to być blog modowy, później blog inspiracyjny, a teraz doszłam do wniosku, że będzie to blog po trochu o wszystkim - czyli blog lajfstajlowy. Zobaczymy, czy ta forma się sprawdzi.

Dzisiaj chciałam napisać parę słów o studiach. Teraz już prawie każdy może je mieć, a wybierać można z całego ogromu różnych kierunków. Zadziwiające jest jak wiele nowych kierunków studiów powstaje, pytanie tylko... po co? Poszperałam trochę w internecie i oto co znalazłam: etnofilologia kaszubska, bioetyka i mój osobisty faworyt - studia miejskie (medal dla UMK za ten kierunek). Chyba zbliżający się, postępujący niż demograficzny dał się we znaki uczelniom (a jak wiemy każdy student to żywy hajs dla uczelni) i prześcigają się one w coraz to wymyślniejszych nazwach kierunków, po których... no właśnie, czy po takich kierunkach można liczyć na zatrudnienie? Oczywiście mam na myśli zatrudnienie w zawodzie, a nie na kasie w McDonaldzie.Zapewne na to pytanie będzie można odpowiedzieć dopiero za 3 lata, kiedy to Ci młodzi ludzie będą szukali pracy. Z całego serca życzę im jak najlepiej, jednak jakoś nie wierzę w cuda. Pytanie tylko... czy McDonald i KFC dadzą sobie radę z ogromem kandydatów? Przecież teraz o miejsce przy kasie będą walczyć już nie tylko absolwenci politologii i europeistyki.


Z góry przepraszam za chamski wydźwięk powyższego akapitu, jednak nie piszę tego przez pryzmat próżności, a ze zwykłej troski. Mam przyjemność znać osoby, które wpadły w pułapkę systemu i zachęcone stypendiami i obiecaną pracą za godziwą sumę pognały na studia "Tego i Owego" i niestety zawiodły się. Studia świetne, hajs się zgadzał, balowanie, mało nauki... ale co potem?

Problem tkwi jednak nie w tych poczciwych ludziach, którzy na te studia poszli, nie też w uczelniach. Problemem jest system egzaminów maturalnych, któremu daleko jest do ideału. Całe szczęście powrócono do obowiązkowej matury z matematyki, co jest już dobrym krokiem do ograniczenia zdawalności tego żenującego egzaminu. Nie mam tu na myśli przedmiotów dodatkowych, rozszerzonych, które nieraz sprawiają sporo kłopotu. Ale kto do cholery pozwolił na to, żeby uczeń nie przeczytawszy ani jednej lektury, nie wiedzący nic na temat literatury zdawał maturę z języka polskiego, i to na przyzwoitym poziomie 73%? I mówię nie o nikim innym jak o sobie. Powodem jednak mojej ignorancji było 100% przekonanie, że zdam ten (niepotrzebny mi akurat do niczego) egzamin z palcem w nosie. Oczywiście miałam rację. Podobnie w moim przypadku miała się sprawa z matematyką - 80% przy zerowym wysiłku, jedynie w oparciu o kartę wzorów, liczącą sobie bodajże 16 stron, na której jest absolutnie wszystko co potrzebne jest do zdania. W tym momencie pragnę powrócić do kwestii żenującego poziomu tego egzaminu - skoro ja, ignorantka, absolutnie nie zainteresowana nauką ani jednego ani drugiego przedmiotu, zdałam oba bez wiedzy i najmniejszego problemu - to kim jest 20% ludzi, którzy tego jednak nie zdają przy 30% progu? Z pewnością nie są to ludzie godni posiadania świadectwa dojrzałości. Ale moim zdaniem to wciąż mało. Skoro już egzamin jest na tak niskim poziomie merytorycznym to może chociaż warto by zwiększyć próg do 50-60%? Wtedy każdy miałby pewność, że taki oto abiturient zasługuje na możliwość podjęcia próby otrzymania wyższego wykształcenia. A przede wszystkim, studia wyższe stałyby się ponownie dobrem ekskluzywnym, tylko dla najlepszych - czyli takich, którzy poradzą sobie ze znalezieniem pracy na naszym trudnym rynku.

Reasumując - matura to bzdura, jest zbyt prosta i moim zdaniem nie powoduje odpowiedniego odsiewu tych mniej pilnych lub inteligentnych. I na koniec mała ciekawostka - wiecie, że zerowym nakładem pracy, z moimi wynikami maturalnymi z podstawowych przedmiotów dostałam się w pierwszym naborze na prawo na UMK? Przez ten cały syf już nawet prestiżowe kierunki przestają być prestiżowe.

Pozdrawiam gorąco,
Dor.

2 komentarze:

  1. Matura to jeden z największych absurdów tego kraju. Ta podstawowa, którą musi zdać każdy jest po prostu za łatwa (nie trzeba być specjalnie lotnym, żeby ją zdać, trzeba za to być ostatnim kretynem, żeby nie wyskrobać tych 30% opierając się na karcie wzorów), a z tych przedmiotowych często wystarczy mieć marne 40-50% (z podstawy!), żeby dostać się na jakieś studia. Żenada.

    PS. Też miałam 73% z polskiego zdając go z palcem w... nosie :P

    OdpowiedzUsuń
  2. Słyszałam właśnie o tym, że na Uniwersytetach jest coraz niższy poziom. Dzisiaj każdy może skończyć studia z czegokolwiek, ale tylko najlepsi dostają pracę w zawodzie i myślę, że tutaj jest ten odsiew. Swoją drogą - studia miejskie? Co to w ogóle jest, pierwsze słyszę :P

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz!