czwartek, 19 września 2013

#11 Wycieczka do UK i dlaczego w sumie tak bardzo kocham to miejsce

Po dłuższej przerwie z przyjemnością wracam do blogowania! Zdałam egzamin, jestem już oficjalnie studentką III roku medycyny, byłam w Wielkiej Brytanii na zasłużonych wakacji i wróciłam do domu z całą masą energii i z ogromem nowych pomysłów. Czyli bardzo owocnie :-)

To był mój drugi raz w UK, pierwszy był dwa lata temu, ale można powiedzieć, że się nie liczy, bo były to jedynie dwa dni, na które przyleciałam specjalnie na rozmowy kwalifikacyjne, na które zostałam zaproszona przez University of Cambridge. Tym razem miałam cale pięć dni na zwiedzanie, smakowanie i trening języka.

Zatrzymaliśmy się u cioci mojego P, która jest Brytyjką z krwi i kości (no, może nie do końca, bo jej ojciec był Polakiem, ale od urodzenia mieszka w UK i rodzinę z Polski poznała dopiero w dojrzałym wieku - niesamowita historia, idealna na scenariusz filmowy, ale to przy innej okazji), tak więc doskonale wiedziała co i jak zobaczyć, dokąd pojechać. Była niesamowicie gościnna! I chociaż było to tylko pięć krótkich dni, to żadna minuta się nie zmarnowała.

Nie chciałabym za bardzo przynudzać dokładnym opisem każdego miejsca, w którym byłam, dlatego skupię się tylko na tych najciekawszych przeżyciach, choć było ich naprawdę ogromnie dużo.


Jako ogromna fanka jedzenia byłam usatysfakcjonowana w stu procentach daniami, które miałam okazję skosztować podczas wizyty. Ciocia zabierała nas do różnych restauracji, a rano serwowała typowe, brytyjskie śniadanko, czyli jajko sadzone, bekon, tosty i fasolka. Jak bardzo niezdrowe, ale jak przepyszne! Jednak moim jedzeniowym hitem okazała się restauracja Jamie's Italian - brytyjska sieciówka założona przez znanemu chyba wszystkim Jamie'ego Oliver'a. Ja i P wybraliśmy się tam przy okazji jednodniowego wypadu do Liverpoolu i przyznam, że to była jedna z najlepszych restauracji, w jakich byłam, a przy tym nie aż taka droga. Co mnie najbardziej urzekło to to, że potrawy były mieszanką popularnych, jedzonych przez nas każdego dnia produktów, ale ujętych w nowych, zaskakujących formach i połączeniach smakowych, których sama w kuchni raczej bym nie ryzykowała. Oprócz doskonałych potraw uderzyła mnie też absolutnie przemiła i pomocna obsługa oraz woda mineralna w cenie potraw (przynieśli ją zanim nawet cokolwiek zamówiliśmy). Polskie restauracje muszą się jeszcze wiele nauczyć!

Risotto balls stuffed with cheese + chilli sauce - yummy!

Oczywiście nie samym jedzeniem człowiek żyje (chociaż w moim przypadku to nie do końca takie oczywiste) i to nie była jedyna wspaniała rzecz, którą zaoferowała mi Wielka Brytania. Drugą, ważną dla mnie sprawą były ten cudowny, brytyjski angielski, który nie może się równać z żadnym innym językiem! Przebywanie z Brytyjczykami było więc jak miód dla moich uszu. Allison i Vernon (ciocia i wujek) byli dla mnie w stu procentach zrozumiali, bez żadnego problemu. Nieco gorzej było jednak, gdy w niedzielnie popołudnie zjechała się cała rodzina - łącznie piętnaście osób, a każda z innego regionu. My akurat mieszkaliśmy w Walii, blisko granicy z Anglią, gdzie mimo wszystko więcej osób mówi po angielsku, nie walijsku (swoją drogą co to jest za język!), jednak z walijskim akcentem (o zgrozo). Nie ma jednak nic gorszego niż szkocki angielski, który był dla mnie trochę bełkotem, jednak z czasem się osłuchałam i zaczęłam więcej rozumieć. Nie będę ukrywać, że nieco mnie to przygnębiło, że nie mogłam zrozumieć co do mnie mówił jeden z synów cioci, jednak, jak się potem okazało, pozostali Anglicy również mieli czasem problem ze zrozumieniem. Uff, czyli jednak mój angielski nie jest taki zły. Ba! Rodowita Angielka pochodząca z okolic Liverpoolu powiedziała mi, że myślała, że jestem Amerykanką i była bardzo zdziwiona, że jestem z Polski. Oczywiście potraktowałam to jako ogromny komplement.

The Cavern Club, Liverpool - The Beatles <3

Ogromnym zdziwieniem była dla mnie kultura organizowania uroczystości rodzinnych. Trzeba przyznać, że w Polsce przywiązuje się do tego ogromna wagę i gdy rodzina ma przyjść na obiad wszystko musi być dopięte na ostatni guzik - ciepłe jedzenie, zimne zakąski, najlepsza zastawa. A jak to wygląda w UK? Sześć miejsc przy stole, a osób dwa razy więcej - trudno, reszta stała. Miał być grill, ale zaczął padać deszcz? Trudno, nie będzie nic na ciepło. Talerze? Ok, ale papierowe. Jedzenie? Oprócz kanapek same gotowe zakąski z Tesco. Odmienność w tej kwestii ogromna.

Nie będę ukrywać, że jadać do Wielkiej Brytanii byłam dość napalona na zakupy i bieganie po sklepach, szczególnie tych, których nie ma w moim mieście czy też nawet Polsce. I tak oto, po wielu godzinach walki, i kilku złośliwych komentarzach mojego cierpliwego chłopaka, udało mi się kupić całkiem sporo rzeczy w okazyjnej cenie. Magia Primarka. Dziwię się, że tego sklepu nie masz jeszcze w PL, bo jestem pewna jego sukcesu na naszym rynku. Dla mnie to był cenowy rarytas, a co dopiero dla zarabiającego cztery razy więcej Angola. Istotnie mam wrażenie, że nieco przesadziłam z tymi zakupami, bo pojawił się spory problem przy odprawie bagażowej - 2 kg za dużo. Na szczęście P miał 2,5 kg luzu i udało się jakoś prześlizgnąć ze wszystkim do PL.

Liverpool

Oprócz zwiedzania Liverpoolu jednego dnia i Chester kolejnego, Allison zaproponowała nam wycieczkę wzdłuż wybrzeża Walii. Cóż za cudowne widoki! Piękne, piaszczyste plaże przeplatały się z ostrymi klifami, a wszystko w otoczeniu sporych pagórków i gór z wszechobecnymi owcami. No i zamki na każdym strzelistym wzgórzu. Jednym z punktów naszego wypadu było urocze, zabytkowe miasteczko Conwy na północnym wybrzeżu, gdzie zjedliśmy tradycyjne Fish&Chips i pospacerowaliśmy pięknymi uliczkami ceglanych domów. Nie ma dla mnie chyba nic bardziej urokliwego, niż te ich stare, porośnięte domki, wszystkie podobne, zgrabne i solidne. Chętnie sama zamieszkałabym w takim. No cóż, może kiedyś... ;-)

Conwy

Niestety - wszystko co dobre szybko się kończy. Czas biegnie nieubłaganie, został nieco ponad tydzień do rozpoczęcia roku akademickiego. Kolejnego, wspaniałego roku najlepszych studiów na świecie, które kocham całym sercem. Już nie mogę się doczekać, by wreszcie przekonać się co przyniesie mi ten kolejny rok. Oby był równie owocny i udany jak poprzedni.

Pozdrawiam gorąco & do niedługiego napisania,
Dor.

9 komentarzy:

  1. miałaś świetne wakacje! :) Powodzenia na II roku :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. trzecim! ;) ale dziękuję bardzo!

      Usuń
  2. Widzę, że spędziłaś tam cudowny czas :)

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. Gratuluję zdania egzaminu, zazdroszczę Ci strasznie, bo sama chciałabym studiować medycynę. :) Co do wakacji, to jest to super doświadczenie, angielskie jedzenie, możliwość porozmawiania z Brytyjczykami, zakupy w Anglii, cudowne wakacje. :)
    Pozdrawiam. :>

    OdpowiedzUsuń
  4. gratuluję egzaminu! :> tez bym sie wyybrał do UK : :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Gratuluję zajścia tak daleko :) No i zazdroszczę wakacji :)
    Mam do oddania voucher do sklepu Answear.com, więcej u mnie :)

    OdpowiedzUsuń
  6. również uwielbiam brytyjski akcent :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Gratuluję zdania egzaminu! Bardzo przyjemnie czytało się ten post, dlatego, że ja też jestem zakochana w Anglii. Uwielbiam ten brytyjski akcent. Atmosfera jest tam zupełnie inna. Masz szczęście, że przebywałaś tam wśród Anglików, nie miałaś innego wyboru i musiałaś porozumiewać się po angielsku. To dobre ćwiczenie :) Dodatkowo napiszę, że zazdroszczę Ci, że jesteś tak bardzo zakochana w swoich studiach. Rzadko się zdarza, żeby ktoś był aż tak pewny co chce robić w przyszłości.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz!